4 rzeczy, które mnie zaskoczyły po porodzie

Czy w czasach, kiedy google zna odpowiedź  na każde pytanie, kiedy mamy dostęp do fachowej literatury, forów, kiedy uczestniczymy w zajęciach w szkole rodzenia czy kiedy przypominamy sobie opowieści koleżanek o porodzie to coś jeszcze może nas zaskoczyć? Mi się wydawało, że nie, że jestem idealnie przygotowana do bycia mamą. Hm...Pomijam to, co oczywiste typu złe samopoczucie w ciąży (choć w życiu bym się nie spodziewała, że mdłości mogą być AŻ tak męczące), zmienione ciało, nową hierarchię wartości, świadomość, że jest się teraz do końca życia za kogoś odpowiedzialnym i zmienia to zupełnie całe nasze życie. Na to mniej lub bardziej byłam przygotowana.Ale pewne tematy znane z teorii zupełnie inaczej wyglądają, kiedy już się dzieją...




1. Sen. A raczej jego brak. Oczywiście słyszałam, że rodzice, zwłaszcza mamy noworodków prawie nie śpią, że sen to jedyne, o czym marzą, że zasypiają przy karmieniu itp. Dookoła słyszałam te przerażające opowieści jak to dzieci mylą noc z dniem, jak to potwornie doświadcza biednego rodzica, że nic tylko się powiesić... I tego bałam się najbardziej. No bo jak można nie spać? Jak to w ogóle będzie, skoro ja tak bardzo lubię spać? Na pewno zapadnę z niewyspania na jakąś dziwną chorobę albo w ogóle umrę, bo ja muszę spać na dobę przynajmniej 8 godzin! Nawet kiedy mój brat, świeżo upieczony tatuś powiedział, że śpi po 4 godziny na dobę i jakoś funkcjonuje to mu nie wierzyłam. To się nie mieści w głowie przecież ;)
Niestety problemy ze snem odczułam już na początku ciąży, w ogóle nie mogłam spać i długie nocne godziny spędzałam na czytaniu książek i oglądaniu seriali. Podobno taka ciążowa bezsenność to trening przed bezsennością macierzyńską... Trwało to długie miesiące ale w dzień , o dziwo, normalnie funkcjonowałam. Wkurzały mnie wtedy maksymalnie dobre rady typu "wyśpij się na zapas".
Mimo że moi chłopcy mnie oszczędzali i dość szybko zaczęli  przesypiać noce to na początku odczułam na  własnej skórze, co znaczy nie dosypiać. Było ciężko, ale faktycznie, można się przyzwyczaić a co więcej, normalnie funkcjonować w dzień. Od kilku tygodni chłopcy znowu mnie mocno testują (tylko tym razem w tandemie), jeden przeżywa jakiś lęk separacyjny i budzi się co godzinę - dwie, drugi budzi się  z racji wyżynających zębów. Jestem wykończona, mam wrażenie, że ktoś stwierdził, że do tej pory miałam za dobrze i teraz trzeba ten błąd naprawić i tnie moje noce na krótkie kawałki, podczas których nie da się dobrze wypocząć. Ale żyję. Mam się dobrze. Jestem mocno niewyspana, ale nic poza tym mi się nie dzieje, rano wstaję, muszę chłopaków ubrać, nakarmić i aż do wieczora organizować wspólny czas. Nie zasypiam na stojąco ani nie mam omamów. Co więcej, wieczorem, zamiast iść spać razem z chłopakami mam siłę, żeby siedzieć w necie albo czytać książkę :). Także przyszła mamo, nie obawiaj się zbytnio, brak snu nie jest taki straszny jak to piszą ;)



2. Na pewno nie usłyszę płaczu dziecka w nocy. Nie dość, że mało co mnie budzi ze snu to na pewno będę tak zmęczona, że nie usłyszę płaczu dziecka. Wieczorem padnę z wyczerpania a mój biedny noworodek będzie płakał w nieskończoność, opuszczony przez swoją mamę. Hm... Nie wiem, jak to jest zrobione, ale nawet kiedy usnę jak kamień to obudzi mnie choćby szmer towarzyszący przekręcaniu główki na poduszce. Mlaśnięcie. Westchnienie. Kołdra skopywana przez małe nóżki. Serio. Już w szpitalu, nocą, córeczka sąsiadki mogła płakać i płakać a mnie to nie ruszało, a pierwsze głodowe jęknięcie Frania stawiało mnie na nogi. I tak jest do dzisiaj. Mimo że obaj chłopcy śpią w osobnym pokoju to budzę się natychmiast. Naprawdę wierzę w bezprzewodowe połączenie matki z dzieckiem :)



3.  Lęk. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że macierzyństwo to rewolwer przystawiony do skroni, bez przerwy przez całe życie.Coś w tym jest. Odkąd urodził się Franek ja cały czas się o niego boję. Teraz boję się też o Ignasia. Obawiam się wszystkiego - że poważnie zachorują , że ich coś zaboli, że ktoś ich skrzywdzi. Że zdarzy się jakiś wypadek, że coś na nich spadnie, że pies ugryzie, że spadną z huśtawki... Tych lęków jest cała masa. Dziecko jest nam najdroższe, jak skarb, boimy się o niego, bo jest najcenniejszym, co mamy w życiu. Ale żaden materialny skarb nie może się równać z dzieckiem, które kochamy. Lęk o dziecko jest zupełnie inną formą lęku od tej, którą znałam przed ciążą. Mama zawsze mówiła, że chciałaby zabrać ode mnie wszystkie choroby, smutki, wziąć je na siebie, żeby nie musiała patrzeć, jak jej dziecko się męczy. Teraz Ją rozumiem...
Pamiętam jeden taki dzień, kiedy u Frania, miesięcznego cudownego wymarzonego i wyczekanego dziecka podejrzewano sepsę i lekarka w przychodni powiedziała, że do szpitala lepiej jechać karetką, bo samochodem możemy nie zdążyć (podejrzenia zupełnie bezzasadne jak się na miejscu okazało)... Nawet nie chcę wracać myślami do stresu, który wtedy przeżywaliśmy ale tego dnia dowiedziałam się, że mimo lęku, mimo totalnego załamania psychicznego matka się nie poddaje. I że czasami lęk jest mobilizujący, że dzięki niemu walczymy o coś lepszego, bardziej się staramy.



4. Miłość. Taka wszechogarniająca, bezgraniczna, oszałamiająca, miłość która sprawia, że płaczemy z radości patrząc na śpiące dziecko. Mimo jęków, fochów, mimo nieprzespanych nocy czy buntu dwulatka kochamy te nasze dzieci tak bardzo, że trudno to opisać słowami. Przed porodem myślałam, że wiem, co to znaczy kochać dziecko, kochałam przecież dzieci brata, szwagra i wydawało mi się, że bardziej się nie da. Mama zawsze mówiła - poczekaj, aż zobaczysz swoje dziecko. Jak zwykle miała rację. Nie wiedziałam, jak to jest kochać własne dziecko. Teraz wiem. To jest szaleństwo, to jest uczucie sięgające samej istoty. Te oczy patrzące na ciebie z totalnym bezgranicznym zaufaniem, oczy szukające u ciebie poparcia, to szczęśliwe spojrzenie, kiedy wracasz po dłuższej nieobecności. Nawet to "maamoooo" wołane po raz dziesiąty tej nocy... Uśmiech bezzębny, gdy zaglądasz do łóżeczka, rączki wyciągające się w twoją stronę. "Kocham mamę" mówione z zaskoczenia...
Tak, bałam się też, że po urodzeniu Ignasia będę musiała tę moją matczyną miłość podzielić pomiędzy dwóch. Że Franio straci. Bzdura, nieprawda, ale o tym też musiałam się przekonać po fakcie. Choćbym sobie powtarzała wiele razy, że miłość się nie dzieli tylko mnoży to dopiero po ujrzeniu Ignasia to poczułam. I chcę więcej ;)

Komentarze

  1. Oj tak! Mnie jeszcze zdziwilo to, ze tyle rzeczy na raz potrafie wykonywać :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak! Mnie jeszcze zdziwilo to, ze tyle rzeczy na raz potrafie wykonywać :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz. Nie krępuj się :) To mnie mobilizuje, żeby pisać więcej.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty