Dzień świra (czyli dzień z życia matki chorych dzieci)

Pobudka o świcie. Żeby to jeszcze była pobudka po kilkugodzinnym, nieprzerwanym, regenerującym śnie... Ale nie, to pobudka po kilku drzemkach, w sumie dających jakieś 4 godziny snu. W SUMIE.

Z pokoju dziecinnego dobiega jakiś dźwięk, najczęściej płacz albo krzyk. Bo "mamo, gdzie jesteś?" albo "mamo, chcę mleko". A zwykłe "łaaaaa" to już norma podczas choroby. Czasami nocą kapituluję i młodszy ląduje w naszym łóżku. Wtedy o świcie budzę się z wrażeniem, że ktoś próbuje mnie udusić siadając na twarzy. Coraz częściej też małe ciekawskie paluszki starają się zbadać moje dziurki w nosie, kiedy śpię. Taak, pamiętam te przyjemności sprzed dwóch lat ;)

"Wstawaj mamo, jest dzień". To już od tego starszego. Trzeba wstać. Wstajemy.

Jedna pielucha do wymiany, druga. Podwójne mycie, ubieranie. Inhalacja jednego i drugiego, potem znowu inhalacja młodszego, oklepywanie. Odciąganie gila (Nobla temu, kto wynalazł aspirator do odkurzacza!). Syropek taki, śmaki, kropelki, probiotyk, antybiotyk, tran i można zabrać się za śniadanie. Jednemu taką kaszę, drugiemu inną. Marsz do łazienki, mycie buzi, zębów.
Wstałam jakieś trzy godziny temu i nadal siedzę w piżamie, głodna. Może uda się wygospodarować chwilę dla siebie, wyłączyć uszy na jęki i marudzenie i wypić herbatę. Bo jak nic nie piję to mleka w piersiach jakby mniej.

W międzyczasie aplikujemy w olbrzymich dawkach najlepsze lekarstwo pod słońcem - przytulanie i całuski. Tego nigdy zbyt wiele.

Czas uśpić młodszego. Na szczęście zasypia szybko, na nieszczęście budzi się już po 20 minutach z płaczem, bo zęby dokuczają, bo kaszel budzi, bo do mamy przytulić się trzeba. Znowu tulimy się, nosimy, chwilę bawimy na dywanie, ale trzeba przerwać, bo przecież czas na kolejną inhalację. Oklepywanie. Walka, żeby siedzieli grzecznie. Oglądanie w kółko jedynego filmiku, który interesuje młodszego i pozwala na spokojną inhalację. Syropek. Zastanawiam się, o czym zapomniałam i czy na pewno w dobrej kolejności wykonuję wszystkie czynności.

Starszy się nudzi. Wyciąga więc wszystkie puzzle, jakie tylko znajduje na półce, miesza i porzuca. Idzie bawić się klockami, wyrzuca je wszystkie z pudła, potem chce malować, wciska kredki i mazaki pod kanapę, czasami uda mu się maznąć ścianę czy podłogę, ściąga i zawiesza ozdoby choinkowe, na koniec zrzuca poduszki z kanapy i skacze. Młodszy raczkuje za mną krok w krok, próbuje się na mnie wspinać ściągając mi dresy. Aaaaaaaaaaaaa! Kocham Tulę :)

Dzwoni listonosz/ kurier/ sąsiadka. Wstyd otwierać drzwi, ale liczę, że każdy zrozumie, że matka dwójki chorych dzieci ma co innego na głowie niż sprzątanie.No dobra, tylko spokój nas uratuje. Starszy dostaje tablet, młodszego sadzam w krzesełku w kuchni, w łapkę daję zabawki i biszkopta, robię obiad.

Może wcześniej wstawię pranie?

Kiedy kończę jest już dobrze po południu. Jemy zupę (oczywiście młodszy inną, dzięki bogu za słoiczki).  Idziemy do łazienki, myję brudne buzie, przebieram, zmian pieluszek już nawet nie liczę.

Może teraz coś kreatywnego - do wyboru są wesołe wierszyki i piosenki, malowanie farbami, zabawa ciastoliną czy pieczenie ciasteczek. Drugie danie, mycie buzi, zmiana pieluszki.

Jest już prawie wieczór. Inhalacja jedna, druga, trzecia, oklepywanie, syropki. Ta sama bajeczka na tablecie, prośby i groźby, żeby tylko wszystko sprawnie przebiegło. Odciąganie gila. Wrzask, płacz, czarna rozpacz, próba ucieczki. Już niedługo, jeszcze kilka dni i będziecie zdrowi.

Nadal leczymy się przytulaniem, wtedy w oczach obydwu widać zdrowe iskierki.

Wraca M., hip hip hura! Mam wreszcie czas, żeby ogarnąć mieszkanie, przypominam sobie o mokrym praniu w pralce, zaczynam myśleć o czymś innym niż lekarstwa, termometr, pielucha i kontrola u lekarza. Słucham opowieści zza domowych ścian, ale to, co opowiada mi M. o pracy brzmi jak opowieści sci-fi, jest tak odległe i nierealne. Ale serio, tam toczy się normalne życie. Czasami tylko ciężko w to uwierzyć. Chciałabym popatrzeć na zwykłych ludzi w "Ukrytej prawdzie" czy "Szpitalu", ale zonk, nie mam przecież telewizora...

Wieczór. Czas na kąpiel, ubieranie w piżamki, mleko, przytulanie, usypianie, które ciągnie się w nieskończoność. Zasypiamy we trójkę.

Za kilka godzin pierwsza pobudka, czas na mleko. Zwlekam się z łóżka starszego, mimo obolałych pleców staram się zrobić to delikatnie, żeby go nie obudzić. Karmię młodszego i zmieniam łóżko na swoje. Nie zdążę zasnąć a słyszę "Mamo, gdzie jesteś? Chodź do mnie".  Siadam obok. "Mamo, połóż się". No dobrze, tylko na chwilę. Budzę się niedługo, idę do siebie, ale zanim dobrze zasnę słyszę, że młodszy już jęczy. Przykrywam, smoczek w buzię, wracam do siebie. Tylko zasnę to już słyszę "Mamo, mleko". Robię mleko, czekam, aż wypije, czekam,  aż zaśnie. Wracam do siebie, słyszę, że kołdra odfrunęła, wracam i okrywam. Zasypiam. Budzi się na mleko młodszy, wtedy już ze zmęczenia biorę go do siebie, zasypiam w dziwnej pozycji, ale jest mi wszystko jedno.

"Mamo, wstawaj, jest dzień!"

A kiedy już mi się wydaje, że sytuacja jest opanowana, wychodzimy na prostą, w głowie nieśmiało klaruje się myśl o spacerze - jeden albo drugi zaczyna od nowa gorączkować. I dzień świra nakręca się na nowo.

Oby do wiosny... Aaaaaa!



A ten, kto twierdzi, że dzieci karmione piersią i często przytulane nie chorują niech sam się przebada ;)


Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty