Hygge. O książce, która przypomniała mi, jak wiele mam...

Czy wiecie, że duńskie hygge ma szansę trafić na listę niematerialnego dziedzictwa kulturalnego UNESCO?




Po wielkiej miłości do skandynawskiego stylu urządzania mieszkań pokochaliśmy duńskie hygge, które doskonale wstrzeliło się w atmosferę przedświątecznej gorączki, ocieplając zimne i ponure zimowe wieczory. Nie bez powodu wydawca wypuścił książki o "sztuce szczęścia" w okresie, kiedy po powrocie z pracy najchętniej zapalilibyśmy świece i usiedli na kanapie z dobrą książką, w dłoni tuląc kubek z gorącym kakao. Bo myślę, że o innej porze roku książka raczej nie miałaby szans przebicia.


Byłam bardzo ciekawa tej książki, o której mówią w ostatnim czasie wszyscy. Okładka mnie zachwyciła, a sam temat, choć tak prosty i oczywisty, zachęcał do lektury. Niby powinnam skończyć na przeczytaniu opisu (który właściwie streszcza książkę w dwóch zdaniach), ale skusiłam się i książka trafiła w moje ręce.

Mimo, że mój czas jest mocno ograniczony to udało mi się ją przeczytać w jedno popołudnie. Treści jest mało, zdjęć niby dużo, ale wszystkie ciemne, niektóre tak małe, że trudno zobaczyć, co na nich się dzieje. Domyślam się, że zamysłem było pokazanie zwykłego człowieka, nie wystylizowanego modela, ale jednak można się było lepiej postarać. A treść? Właściwie każdy bohater powtarza to samo, hygge to dla niego własny dom, spotkania z rodziną i znajomymi, świece, dobre jedzenie. Nic, co by mnie zaskoczyło, rozbawiło.


Być może spodziewałam się wielkiego wow, okrzyku "Ha! A więc tak Duńczycy pielęgnują swoje szczęście, tak tworzą własną strefę komfortu. Że też ja na to nie wpadłam...!".  Nie ukrywam, trochę się rozczarowałam...

Mimo tego jednak książka dała mi coś pozytywnego. Sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się nad tym, co mi sprawia  przyjemność w życiu. Jak się relaksuję po ciężkim dniu i jak walczę ze stresem. Co mogę robić na co dzień, żeby czuć się hygge. Bo musicie pamiętać, że ideą jest szukanie przyjemności w drobnych rzeczach, w cieszeniu się błahostkami albo tym, co dla innych jest zwykłą, rutynową czynnością. Kiedy zapisałam wszystkie moje punkty pomyślałam, że jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Że nie muszę szukać szczęścia, bo ja już je mam. Codziennie.


Kilka moich hygge - punktów:

Lubię zasypiać z moimi dziećmi, budzić się w nocy i słuchać ich spokojnych oddechów, uwielbiam, kiedy przytulają się mocno. Lubię słyszeć nocą ich cichutkie tuptanie, kiedy przychodzą ze swoich łóżek. Mimo, że często mówię, że takie nocne wędrówki muszą się skończyć

Przytulanie moich dzieci to najmilsza rzecz pod słońcem. Ich rączki oplatające moją szyję, mokre całusy, spojrzenia w oczy i dziecięce wyznania miłości. Największy stres ulatnia się bezpowrotnie.

Chwila dla mnie... wanna z gorącą wodą, wciągająca książka, dobra herbata, ciepły koc, marokańskie lampy ze świecami, coś pysznego do jedzenia. Planowanie podróży, fotografowanie, szycie. Powoli, powoli moje życie wraca do normalności i mogę powiedzieć, że mam coraz więcej czasu na własne zainteresowania i przyjemności.

Miętoszenie ciasta drożdżowego niesamowicie mnie relaksuje ;)

Moje hygge to też wyjazdy do rodziców, ich dom, ogród, wspomnienia, smaki z dzieciństwa. Głowa na kolanach mamy, drapanie po plecach taty. Owoce jedzone prosto z krzaka, ptasie trele za oknem.

Chętnie pogłaskałabym psa, który leży u mnie na kolanach, ale na tę przyjemność muszę jeszcze poczekać ;)



PS. Zdjęcia robione komórką, widać chyba różnicę ;P


A wy czytaliście "Hygge"?

Komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty